środa, 10 stycznia 2018

Trochę o tym i o tamtym.

Cześć!
Dawno mnie tu nie było, a jest trochę spraw, którymi chcę się z Wami podzielić. 
Nie będę nadrabiał zaległości, bo nie ma sensu. Po prostu jak to zwykle bywa napiszę w wielkim skrócie co się wydarzyło, jak tam koniec sezonu. Co tam jeszcze robiłem i takie tam. Rozbije to na dwie części by wzrosła czytelność (co za denny tekst), bo i przydługich notek i tak wiem, że nikt nie czyta. Podsumowanie sezonu? Krótkie - Był udany i oby kolejny był taki sam lub ciutkę lepszy. Koniec. Lecim!
Po Biegu Republiki Ostrowskiej za przyzwoleniem Trenera zrobiłem wolne od biegania. Trochę rower, basen, sporty drużynowe. Sporo nauki miałem, więc dobrze się złożyło. Długo ta sielanka jednak nie trwała. 
W listopadzie coś tam zacząłem już truchtać by na obóz do Ostrej Góry pojechać rozruszany. Będąc tam dowiedziałem się, że właśnie w tu rozgrywany jest Zimowy Półmaraton Gór Stołowych, który to znany wszystkim i lubiany przez wszystkich Wojciech Kowal Kowalski wygrywał nie raz i do tego dzierży rekord trasy. Na jednym treningu z mapką turystyczną przeleciałem się po trasie ZPGS i napaliłem się jak szczerbaty na suchary, że może wystartuje, że co tam wysokie wpisowe, sprawdzimy się, ale ostro wyrżnąłem o kant kuli jak dotarła informacja o egzaminie na uczelni w dzień ewentualnego, przyszłego startu w ZPGS. No nic. Może za rok. 
Następnie nastały święta gdzie przybyło kilogramów i koniec roku finiszowałem na XXXIII Biegu Sylwestrowym w Lesznie (5km - 16:40, 8 miejsce open) rozgrywanym o dziwo nie w sylwestra ino dzień wcześniej za co nie tylko ja dziękowałem organizatorom. O wróć! Czyli po części sobie, bo razem z Martą mieliśmy okazję pomagać w biurze zawodów! :D No i mamy Nowy Rok! Jestem już pełno prawnym 26-latkiem. Nie, nie czuje się na tyle. 
Aktualnie jestem w mekce polskiego biegania i przygotowań wysokogórskich! Ha! Szklarska Poręba gdzie mam ogólnie przerąbane.

Aaa... no i jeszcze jedna informacja choć, część może już wiedzieć z twarzowejksiążki. Zawierająca smutek i radość...
Radość, bo chodzę, biegam, piszę tę notkę oraz nic mi nie jest...
Smutna, samochód, którym się woziłem przez ostatnie kilka lat rozbiłem.
W środowy, poświąteczny poranek gdy jechałem do Leszna było jeszcze ciemno, w końcu 6:30. Jakbym jechał nie przepisowo... ale wiedziałem, że zdążę do pracy z palcem w nosie... I jak to często bywa i może się wydawać takie oczywisto-śmieszne, stado dzików wybiegło w ostatnim momencie. Widziałem na pewno cztery dość sporych rozmiarów... Uderzenie.. lampy przednie poszły... nastała ciemność... widziałem kontroli, światła samochodu daleko przede mną... poślizg, obrót o 180*, Astra tyłem wbiła i odbiła się od drzewa...
Powiem Wam, że analizowałem potem co się wydarzyło i jak zareagowałem, i jak powinienem zareagować. I nie życzę nikomu takiej sytuacji. Każdy sobie myśli lub mówi: Trzeba było tak zrobić, a ja to by, tak się starał. Powiem krótko. Nie ma szans.
Ktoś kto miał taką sytuację wie o czym piszę. Nikt z nas nie uczy jak należy zareagować, co trzeba uczynić. Dopiero po chwili wraca trzeźwość umysłu, ale przeważnie jest już po wszystkim.

Do mózgu dotarło wiele impulsów, ale te które ja wychwyciłem na pewno to:
Wzrok i stado dzików, i hamulec do samej podłogi, pierwsza myśl "To sen, zaraz się obudzę, to nie może być prawda!", napięcie całego organizmu, koncentracja wzroku na jakimś punkcie odniesienia, w którym miejscu na drodze jestem, uczucie, że wpadam w poślizg, próba wyjścia z niego, ruchy kierownicą, ale zaraz! Mikołaj! Nic nie widzisz! I to uczucie, że wiesz że jedziesz tyłem. Druga myśl, która przeraziła mnie najbardziej "Zaraz stracę przytomność!" Czułem to, wiedziałem, że się stanie, niesamowicie realne i bliskie uczucie... hmm... zapomnienia... Nie myślałem o niczym innym, wiedziałem, że to nastąpi, że obudzę się w szpitalu lub karetce i już nic nie będzie takie jak wcześniej...


I nastała cisza... mózg zaczął rejestrować co się dzieje i co trzeba zrobić. Wyłącz auto, wyjmij kluczyk, zgaś światła, nogi masz całe, ręce chyba też to i kręgosłup chyba działa. Odepnij pas, wyłaź! Wygramoliłem się za Astry przez drzwi pasażera. Ktoś się zatrzymał, padły krótkie pytania, ale jak bardzo ważne: Czy coś mi się stało? Czy ktoś jechał ze mną? Zeskoczyłem na zimną i przeoraną ziemie. W tle samochodowych reflektorów, które się zatrzymały zobaczyłem kształt Astry i cicho zakląłem. Potem standardowa procedura. Gdzie telefon? W samochodzie. Dalej krótkie info do Taty, Marty i do JW...

I już nic nie będzie takie jak wcześniej...

2 komentarze:

  1. Mikołaj, na prawdę możesz się cieszyć z takiego obrotu sprawy. Rok temu w identycznym czasie skasowałem z Alą samochód na autostradzie, bo też wpadliśmy w poślizg. Tak jak piszesz, nikomu nie życzę ani takiego przeżycia, ani rezerwy do prowadzenia auta jaką się później ma. Po wszystkim cieszyłem się że jest wszystko ok, ale nie mogłem sobie finansowo wybaczyć rozbitego samochodu. Z rocznej już perspektywy z większym dystansem już na to patrzę i wiem że finansowo zawsze wszystko z biegiem czasu się układa i samochód się odkupuje i pewność jazdy wraca...najważniejsze jednak faktycznie jest nieutracone życie i zdrowie. I tego zdrowia Ci życzę - pozdro

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak mówisz Hewi. Pamiętam, pamiętam, widziałem zdjęcia i opowiadałeś o tym. Jeszcze w ten sam dzień jechałem samochodem, bo trzeba było Babcię odwieźć do domu po świętach :D i to był najlepszy ruch z mojej strony. I rację masz, bo głównie żal mi samochodu, ale cieszę się, że jestem cały i zdrów. Dzięki Hewi!

      Usuń